nadal.



3kg dzielą od zadowolenia
5kg dzieli od satysfacji
8kg dzieli od szczęścia

ZMIANY? brak.






Waga 56-57kg.
Waha się nieznacznie. Ciągle chcę schudnąć. Niekiedy wymiotuję albo biorę tabletki.

Tego bloga już z pewnością nikt nie czyta ale chcę go zachować jako swój pamiętnik i nadal będę tu zaglądać, przynajmniej raz w miesiącu. Kto wie, może niedługo znowu najdzie mnie potrzeba pisania notek regularnie? Lubię odwiedzać blogi innych dziewczyn, ale mało jest takich „głębokich”, gdzie znaleźć można coś więcej niż problemy miłosne i puste liczenie kalorii. 
Nadal tu jestem.
Nadal zaślepiona.
Nadal w klatce, z której boję się wyjść. Bo kimże ja będę tam, na wolności, żyjąc własnym życiem? Zagubiłam tożsamość, jak mam żyć nie znając swoich pragnień, nie posiadając celu nawet najmniejszego?

never ending story.

Waga waha się od 55kg do 57kg.

Nastrój waha się znacznie bardziej.
Nie potrafię postawić sobie celu.
Nie potrafię żyć.
Nie potrafię stworzyć związku.
DDA
Powinnam iść na terapię.
Nie można tak żyć.
Zapadam w sen, gdy za dużo się dzieje. Swędzą mnie myśli, które wywołują krzyki ukochanych. Swędzą bo nie pozwalam im się wydostać. Kłębią się we mnie. A potem idę spać. W nocy wszystko się wydostaje- Koszmary. Krzyk. Pot. I kolejny dzień w śpiączce- ostatkiem sił, byle tylko nic nie zawalić i dać sobie kolejną szanse. Za mało siły by szansę wykorzystać. Znowu noc. Krzyk. Pot. Koszmary. Lata… tak samo ciągle. 

CEL- 56 OSIĄGNIĘTY!

Ważę 56 kg.

Tyle na to czekałam. 
Tyle lat.
Tyle nerwów, wymiotowania, odchudzania, ćwiczeń, a potem znowu tycia, napadów, załamań… błędne koło.
I wreszcie 56kg.
I co ?
NIC.
Ciągle jestem gruba, ciągle boję się że przytyję, ciągle chcę dalej chudnąć, wymiotuję….
Plus jest taki, że pasuje na mnie więcej ubrań, które mi sie podobają. That’s ALL!
ćwiczyć! muszę więcej ćwiczyć!
Z moim chłopakiem układa mi się kiepsko, na uczelni leniwie.
Parę  tygodni temu znowu się pociełam. Pierwszy raz od kilku lat. Paranoja, chudnę a depresja wraca mimo to!
Czuję się beznadziejna…

spadam.

Jest 57kg. 

Powraca depresja.
Niby nic się nie zmienia. Wszystko powoli ciągnie się dalej. 
Żadnych nowych sukcesów, ciekawych wydarzeń, to sprawia że nie mam czego się złapać spadając w dół.
Wcześniej, gdy dopadał mnie podły nastrój (leciałam w dół w jakąś wielką przepaść), udawało mi się po drodze czegoś złapać, o coś zahaczyć, dzięki czemu znowu wspinałam się do góry.
Teraz- ciągle spadam… i spadam….

LĘK.

Znowu najadłam się słodyczy a potem je zwymiotowałam. Niestety ostatnio zdarza się to niemal codziennie. 
Żeby było jasne- nie jestem zwolenniczką tego sposobu na przejedzenie. Moje zęby w połowie są już martwe (po leczeniu kanałowym), często mam infekcje gardła, odwodniony organizm.
 Niestety- nałóg to nałóg.
 Palacze też wiedzą, że palenie szkodzi. Ale palą mimo to…
Podobno- „na coś trzeba umrzeć” 
Okres Świąt, a teraz zwiększony apetyt na słodycze przed okresem, spowodowały że waga z 56kg, wzrosła do 57kg
Jednak moja bulimia zmieniła swoje oblicze.
Przestałam jakiś czas temu liczyć kalorie. Staram się jeść zdrowo. Oczywiście oprócz tego codziennie wpieprzam jakieś słodycze, które następnie staram się zwymiotować. Niekiedy też biorę efedrynę (rzadko, ze względu na jej szkodliwość i cenę), a potem jem niewiele więcej poza małym śniadaniem i kolacją.
Dlaczego się odchudzacie?? Ja uświadomiłam sobie, że odkąd ważę poniżej 58kg.- podobam się sobie nago i w bikini, ale chcę wyglądać lepiej w ubraniach… w tych cholernych wąskich spodniach, krótkich spódniczkach…. 
Teraz widzę, że rzeczywiście wielki wpływ na nasze ideały ma to, co lansują media i gwiazdy. Poddajemy się temu jak wszystkim innym zasadom społeczno-kulturowym. Czy nam się to podoba czy nie. 
Chcę ważyć max 56kg i dobrze wyglądać w ubraniach w takim stylu, jaki podoba mi się najbardziej. 
Na tym blogu piszę ciągle tylko o odchudzaniu… można sobie pomyśleć, że to jedyne na czym mi zależy. A tak absolutnie nie jest. Studia, rodzina, związek, przyszłość… – to wszystko stresuje mnie najbardziej. Martwię się, czuję lęk gdzieś głęboko w sercu. Nieustanna obawa. Ogryzam paznokcie, siedzę jak na szpilkach, nie mogę zasnąć, a gdy już zasnę pocę się przez lęki, aż łóżko i pościel są mokre. 
Chciałabym odetchnąć. Nie chodzi mi o wakacje, o relaks w SPA- wtedy też się stresuję… Potrzebuję głębokiego i długiego snu. Potrzebuję czegoś, co zdejmie ten ciężar ze mnie. Ten paraliżujący lęk…

Don’t give up on your dreams.

Nobody’s going to give you anything. You’ve got to go out and fight for it. Nobody knows what you want except for you. And nobody will be as sorry as you if you don’t get it. So don’t give up on your dreams.

Nie wiem ile ważę. Przed świętami było prawie 56kg! Teraz pewnie koło 57-58kg. Niedługo dostanę okres a poza tym w domu mało się ruszałam a za to sporo jadłam i wymiotowałam :(
Z moim chłopakiem układa mi się różnie. Czasem się kłócimy, czasem świetnie razem bawimy. Znowu czuję, że go podniecam i mu się podobam. 
Nie liczę kalorii, jem słodycze. Staram się tylko nie przejadać, a gdy już do tego dojdzie- wymiotuję. Gdy mam dość wagowego zastoju, albo zaczyna rosnąć- biorę coś z efedryną i staram się zjeść jak najmniej. Najtrudniej jest wieczorami, ale bywa że już od rana bardzo się objadam.
Nie wiem co będzie dalej. Nie wiem co robić. Czuję ciągły niepokój i złość bo mam wrażenie że życie mi umyka, przelatuje przez palce jak piasek a ja głupia nie potrafię tego zmienić. Albo nie chcę tego zmienić.





NIE WTRĄCAJ SIĘ!!!

Ważę 57kg. Może nawet mniej. Czuję się fatalnie. 

Wszystko szło według moich przewidywań, poczułam, że zaczęło się układać, że jakoś daję sobie radę… Aż do wczoraj.
 Wczoraj znowu powtórzyła się nasza rozmowa…
Mój chłopak powiedział mi, że jem za dużo słodyczy, przestałam ćwiczyć i dbać o siebie, i że będzie pierwszą osobą, która mi powie że przytyłam, bo jest przekonany iż przy moim stylu życia, już niedługo tak się stanie.
Poczułam się jakby ktoś, kto wydawał mi się bliski, nagle wyjął nóż i wbił mi go prosto w serce. 

Owszem. Ma rację.

Jem sporo słodyczy. 
Nie ćwiczę już od dłuższego czasu.
Dawno temu byłam ostatni raz na solarium,
nie robię ostatnio paznokci…
Ale to nie dlatego, że o siebie nie dbam! Wręcz przeciwnie!
Staram się znaleźć złoty środek
przestałam zawzięcie liczyć kalorie i uważać chorobliwie na to, co jem- zamiast tego jem to, na co mam ochotę. 
Fakt, że często jest to czekolada- ale kontroluję się, nie jem olbrzymich ilości, nie jem wszystkich śmieci jakie tylko wpadną mi w ręce. Ostatnio będąc u lekarza nazwałam to- objadaniem się kontrolowanym- dzięki temu rzadziej prowokuję wymioty, nie waha mi się waga. Aby nie nabawić się anemii i dostarczyć wszystkie witaminy, oprócz słodyczy jem warzywa, owoce, soki z witaminami, jogurty itp. itd. Jem np. dwa kinder country i grześka dziennie ale do tego zjadam też zdrowe posiłki! 
Wcześniej, gdy jadłam tydzień zdrowo- prędzej czy później i tak miałam „słodyczowy napad”…
Fakt, brak ćwiczeń to już inny problem- raczej moje lenistwo. I wstyd. Wstydzę się pokazać na siłowni.
Nie chodzę na solarium bo byłam na zabiegach mikrodermabrazji- po nich nie wolno się opalać, natomiast wcześniej miałam problem z wysuszoną skórą- solarium tylko pogarszało ten stan.
Nie przyklejam sobie non stop tipsów, bo tak nie można! Moje paznokcie muszą „pooddychać” itp. itd. 
Fakt- ciągle ogryzuję je i mogłabym wreszcie przestać, ale do jasnej cholery muszę mieć jakiś nałóg!!! 
Nie piję, nie palę, nie ćpam, nie tnę się to chyba mogę pogryźć własne paznokcie od czasu do czasu?
Ehhh przepłakałam pół nocy. Dziś mam przekrwione i spuchnięte oczy.
On cały czas mnie przeprasza, że nie to miał na myśli, że nie chce żebym przytyła bo wie jak ja wtedy panikuje i właśnie tego się obawia… Wierzę mu. Sama KAZAŁAM mu mówić jak zacznę robić coś źle, prosiłam aby mnie powstrzymywał przed destrukcyjnymi zachowaniami. Chciałam i mam. Zareagowałam na to buntem- „jak to? nie podobam ci się? więc mnie zostaw!!!„ 
Bezsens. Przecież nie o to mu chodziło. Ale łatwiej jest zwalić na kogoś niż samemu wziąć się  za siebie, prawda?
więc dobrze.
koniec słodyczy.
ćwiczenia-start.
i jutro solarium- mogę się już opalać.

Because tomorrow never comes

Nie wiem ile ważę, chyba tyle samo. 

Czasem udaje mi się zjeść mniej, czasem więcej.
 Staram się coraz bardziej. 
Do schudnięcia  nadal 3kg, ale w 2 tygodnie… Ciągle realne. 
Nie boję się. 
Dam radę! 
I będę zadowolona nawet jeśli schudnę tylko 2kg!
 Przecież o 56kg zawsze marzyłam!


jak zawsze..

A miało być tak pięknie!

 Zjadłam do 14:00 jakieś 1400 kcal, a przed chwilą wziął mnie napad- paczka 250g płatków fitness…. 
SUPER! :(

I tym pięknym sposobem, wszystko zawaliłam! Zaraz to chyba zwymiotuję! ;/
Jutro od rana do wieczora będę poza domem, rano wezmę tabsy, zjem 600kcal!
7:00 jogurt naturalny  110
11:00 grahamka 1/2  100
15:00 grahamka 1/2  100
20:00 makaron orkiszowy z sosem 300

a wieczorem będzie stepper 20min. + brzuch!